Kiedy człowiek jest młody, regularnie co roku ma do dyspozycji 2 miesiące wakacji - w pewnym momencie nie może się ich doczekać, a gdy przychodzą upragnione dni wolnego, może szaleć niczym tytułowa para bohaterów z komiksu Calvin i Hobbes (szczerze polecam). Później, w czasie studiów, przy odrobinie szczęścia i pracy, czas ten potrafi się wydłużyć do 3 miesięcy wolnego. A potem... panie - tylko urlopy, wyjazdy na kilka dni, dość nieograniczonego szaleństwa, przerywanego tylko wezwaniami na obiad, czy jakieś małe domowe sprawy...
Cóż, rozmarzyłem się, ale chyba przyznacie, że tak właśnie jest - chciałoby się powrócić do dwumiesięcznego lenistwa, zamiast wyczekiwać urlopów, które mogą być bardzo udane, ale mają tę wspólną cechę, że są niewystarczająco długie. Z Beatą ostatnio byliśmy na takim wyjeździe, kolejne byczenie się mamy zaplanowane na koniec sierpnia/początek września. W międzyczasie pozostają weekendy, czy święta państwowe. Na minioną sobotę nie mieliśmy wielkich planów - Beata miała iść na turniej M:tG, a ja miałem przede wszystkim odespać codzienne wstawanie. Ostatecznie turniej się nie odbył, a ja zdołałem z grubsza oporządzić w domu to i owo i się okazało, że mamy wolne popołudnie. Szczęśliwym trafem było ono wolne także dla Uli i Mateusza, więc mogliśmy się spotkać na graniu (chyba nikt się tego nie spodziewał, co nie?). Tak oto mogliśmy odwiedzić kilka różnych zakątków świata, nie opuszczając ani na chwilę swojego lokum...