piątek, 16 marca 2012

Z odwiedzinami na Strychu

Dzisiaj kroki doprowadziły mnie do krakowskiego klubu Strych, w którym od lat regularnie spotykają się planszówkowicze, miłośnicy gier bitewnych, erpegowcy, mangowcy oraz inni miłośnicy szeroko pojętej fantastyki. W trakcie studiów byłem stałym bywalcem tamtejszych spotkań, odbywających się w super miejscu (duże stoły ustawione w jasnej i przestronnej sali) w niezwykle przyjemnej atmosferze. Gdy po zakończeniu edukacji wyjechałem na kilka miesięcy z rodzinnego Krakowa z oczywistych względów przestałem nawiedzać spotkania. Po ponownej przeprowadzce okazało się, że o wiele trudniej jest mi skierować tam swe kroki, niż w czasach studenckich. Obecnie udaje mi się tam dotrzeć raz na kilka miesięcy aby zagrać w to i owo. Co prawda w stałym gronie nie ma już tak wiele ze starych, znajomych twarzy. Choć zmieniła się częściowo ekipa do grania, to nie zmieniła się atmosfera towarzysząca klubowi. Dlatego jeśli będziecie kiedyś w Krakowie, polecam zainteresować się Strychem.


Cartouche
Moja dzisiejsza (a w zasadzie wczorajsza, gdyż tekst ten piszę już po północy) wizyta na Strychu była spowodowana propozycją Adriana, aby się spotkać i w coś zagrać (nie domyśliliście się pewnie ;o)). Kilka miesięcy temu Rag organizował zamówienie w USA i pytał czy czegoś bym nie chciał. W ten oto sposób stałem się posiadaczem gry Cartouche, w którą nigdy nie zagrałem - aż do dziś.

Cartouche jest grą z kategorii deck-building, czyli taką, w której w trakcie rozgrywki tworzymy swoją talię, aby na koniec gry otrzymać punkty za to, co w niej się znajduje. Karty w tej grze mają bardzo ciekawy format - są wąskie i podłużne, a ikonografia jest stylizowana na egipską (podobno karty mają rozmiar rzeczywistych kartuszy).

Normalnie jak ognia staram się unikać oceniania po jednej grze, gdyż wiem, że to na ogół jest to zdecydowanie za mało aby móc sensownie wypowiadać się na temat gry. Jednak po pierwszej rozgrywce w Cartouche wątpię abym prędko dał się namówić na kolejną partię w ten tytuł. Składa się na to kilka aspektów:

- Po pierwsze, akcje kart są oznaczone symbolami. O ile jest to klimatyczne, to całkowicie niepraktyczne i gdyby nie arkusze pomocy przygotowane przez Adriana to gra byłaby wręcz nie do zagrania, gdyż wymagałaby permanentnego zaglądania do instrukcji w odpowiedzi na pytanie "a to co robi"?

- Choć w grze chodzi o budowanie talii, to, jak to Adrian zręcznie ujął, Cartouche jest grą, w której to przeciwnicy budują/rozwalają nam talię. Za pomocą akcji kart mogą nam usuwać karty z talii, obszaru gry czy stosu kart odrzuconych, mogą też karty dorzucać. O ile jestem zwolennikiem interakcji w grach, to tutaj jednak ma ona formę, która mi w żadnym stopniu nie odpowiada.

- Ponadto w grze występuje mechanizm automatycznego dodawania kart do talii graczy, który jest kolejnym czynnikiem skutecznie niwelującym jakikolwiek plan na skład talii.  Po prostu możemy dostawać karty, które nijak się mają do naszych planów. Możecie zapytać co za problem - zagrajcie w Dominiona i przez pierwsze 5-6 tur kupujcie tylko karty punktowe za 1. Wówczas zobaczycie co mam na myśli.

Czynniki te sprawiają razem, że gra jest ciężka do ogarnięcia i ma się momentami wrażenie, że trudno nad nią zapanować. Zdaję sobie sprawę, że jakbym pograł więcej to zapewne część z tych czynników mogłaby zostać wyeliminowana. Jednak problem polega na tym, że podczas tej pierwszej rozgrywki wymęczyłem się na tyle skutecznie, że na razie nie mam ochoty siadać do niej ponownie.

Gra pewnie pójdzie na wymianę - także jakbyście mieli jakieś ciekawe propozycję za nią to dajcie znać. Chętnie je rozważę. (Ostatecznie czeki in blanco i bony na paliwo też mogą być.)


Chicago Express
Po zmaganiach w starożytnym Egipcie wyruszyliśmy w większym, pięcioosobowym gronie, do USA, gdzie wcieliliśmy się w role magnatów kolejowych, starających się zbić majątek na rozwoju sieci sieci kolei parowej. A mówiąc wprost, na stół powędrowało Chicago Express

Grę tę cenię sobie za prostotę zasad, elegancję płynącą z rozgrywki oraz niewielki czas partii (około 60 minut). Autorowi tytułu udało się w prostych zasadach zmieścić bardzo przyjemną grę z elementami licytacji i zarządzania funduszami (ciężkością i "poczuciem" przypomina mi trochę Acquire, ciekawe czy wytrzyma taką próbę czasu). Zdaję sobie sprawę, że dla prawdziwych kolejowych ortodoksów Chicago Express może być zabawą dla dziewczynek, jednak na szczęście nie jestem przedstawicielem tego grona.

Jeśli lubicie kolej, uważacie, że Ticket to Ride jest dawno za prosty, ale jeszcze boicie się wypróbowania mega zaawansowanych kolejówek, spokojnie możecie sięgnąć po ten tytuł. Będziecie przy nim mogli poćwiczyć swoje zdolności inwestorskie i być może zdobędziecie majątek życia. Co dla niektórych może być ważne, pomimo banalnych zasad gra nie jest głupia, a do tego pozbawiona w całości czynnika losowego, dlatego macie pełną kontrolę nad swoimi poczynaniami i jedyne na co możecie narzekać to rywale, a nie ślepy los, który znów pokrzyżował wasze plany.

W związku z tym, że od zakupu Chicago Express udało mi się zagrać w nią naprawdę wiele razy, postanowiłem dziś spróbować ryzykownego eksperymentu, polegającego na tym, że przez cała grę będę oszczędzał i nie kupię udziałów. Efekt był piorunujący (i w sumie łatwy do przewidzenia) - mój wynik stanowił 1/3 tego, co uzyskał zwycięzca. Ale tak się właśnie kończy chomikowanie kasy w grze, w której celem są inwestycje poczynione umiejętnie i dokonane w kluczowym momencie. Już wiem, że jednak trzeba wrócić do taktyki stosowanej z innych gier, czyli do połowy gry inwestować ile się tylko da, a potem spać na pieniądzach.

Opisując Chicago Express nie sposób nie wspomnieć ani słowa o szacie graficznej tej gry. Otóż wydawnictwo Queen Game przyłożyło się do każdego, nawet najmniejszego szczegółu tej gry i wszystkie ilustracje, elementy, nawet papier wybrany do druku udziałów mają swoje głębokie uzasadnienie (i nie jest nim "byle jak najtaniej"). Wygląda to naprawdę fenomenalnie, jednak nie pozostało bez znaczenia na cenę. Gorąco zachęcam do lektury artykułu przygotowanego przez firmę G3, która kilka lat temu była dystrybutorem Queen Games na terenie Polski. Znajdziecie w nim opis poszczególnych elementów i ich historię. Dowiecie się też czemu pierwsze drewniane lokomotywy zostały odrzucone i wydawca zażądał przygotowania nowego wzoru.

Wspomniany artykuł znajdziecie w przygotowywanym przez G3 biuletynie Gra (numer 1/2010).

3 komentarze:

  1. to ja Cie wczoraj widziałem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło, że litościwie pominąłeś fakt, że nie do końca jasno wytłumaczyłem zasady końcowego punktowania w Cartouche'u. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. @siemin - może następnym razem uda się w coś razem zagrać

    @rag - na szczęście, mimo tego błędu, tak bardzo nie odstawałem z wynikiem. W ramach kart będziesz musiał grać przez 10h w LCR :oD

    OdpowiedzUsuń